Jedza

Jedzą nazywamy w zasadzie obiad, choć niektórzy wołają „koryto”, żeby było śmieszniej. Wesołość powoduje, że jakoś inaczej płynie życie. Szkoda tylko, że jak jedziemy do opieki do Niemiec, to nie możemy tak mówić, bo nie znamy odpowiednika na takie powiedzenie. Robi się wtedy problem. Chcemy jakoś zaskoczyć, ale nie mamy żadnej możliwości, by rozweselić podopiecznego, bądź podopiecznej, więc niestety pozostaje nam inne wyjście i zrobić to inaczej. Trzeba tylko znać naleciałości danego kogoś i także znać jego przywary i zrobić z tego troszkę szyderę albo zażartować z czegoś, by pośmiać się wspólnie. Wtedy jest wesoło.

Machloje

Machlojki zawsze mają popyt i inni na to lecą. Zawsze będzie tak, że ktoś szuka czegoś, a my możemy mu pomóc w transakcji. Nawet wyjeżdżając do Niemiec mamy jakieś tam układziki i pomimo pracy jesteśmy „na fali” i coś tam kombinujemy. Kwestia zasadnicza: należy na siebie uważać i także na ludzi, którymi się opiekujemy. Cena jest wysoka i można się zasadniczo „wkopać”. Można opiekować się starszymi ludźmi i wykonywać swoje „machlojki”, ale dać się złapać niemieckiej policji to niezła sprawa i tutaj w uchu brzmi piosenka:”Pokaż na co Cię stać”. Sprawa w końcu dotyczy delikwenta i problem w tym, kto zaopiekuje się naszym podopiecznym?

Festyny

Różne są festyny w Niemczech i można się czegoś nauczyć. Np. jakiś tradycji związanych z danym regionem. Lecz muszę przyznać, że mi się to podobało. Krzątając się między straganami można było spróbować regionalnych potraw, a nawet coś dla siebie kupić na próbę. Tak np. poznałam fajne sery, czy wyroby wędliniarskie, albo słodkości, czy wypieki. Sprawiało mi to dziką przyjemność buszując w tych wszystkich wyrobach, a także poznając rękodzieła ludzi, którzy byli pasjonatami w swojej dziedzinie. Wiadomo, mamy też Oktoberfest, co roku, ale te „maluchy” są też bardzo sympatyczne i człowiek uczy się przez to wielu rzeczy.

Gwara

W sumie jeżeli jesteśmy w jakimś regionie w Polsce, to mamy różne odmiany języka polskiego. Często jest to gwara, którą poznajemy poprzez naszych rodziców, bądź dziadków już jako dzieci. Mnie swego czasu zainteresowała gwara śląska. Są to wyrażenia pochodzące z języka niemieckiego. Jak byłąm w północnych Niemczech, to spotkałam się z ludźmi pochodzącymi właśnie ze Śląska. Miałam okazję nie tylko pogadać, ale też to wykorzystałam przy nauce języka niemieckiego. W końcu u nich też się mówi dialektem i czasami słowa były bardzo podobne do naszej śląskiej gwary. Fajnie jest przez to poznawać także dialekty w Niemczech. Raz że się uczymy, a drugie mi osobiście sprawiało to dziką frajdę.

Tytuł

Różne są tytuły. Tytuł opiekunki, profesora, doktora, adwokata, czy cały zbiór wszelakich tytułów. No zobaczcie sami, zawsze zwracamy się do człowieka w urzędzie, sądzie, szpitalu, czy w aptece, do nauczycieli, ważnych osób, polityków i innych. Ale mamy też tytuły książek, filmów, artykułów w gazetach, świadectw, dyplomów zdobytych przez naukę, sport, czy hobby, które mamy, konstrukcje. Wtedy nadają nam tytuł mistrza, olimpijczyka, fachowca, dyrektora, kierownika i takie tam… Różnie to jednak bywa z tymi tytułami, ale w sumie przecież jakieś określenie czegoś lub kogoś daje nam jakieś oznaczenie człowieka lub rzeczy.

Terminator

W pracy jako opiekuni to czasami musimy się dla złośników zachowywać jak Terminator i z nimi walczyć. Jeżeli ktoś ma demencję, to ok, bo „ktosiek” nie koduje. Gorzej, kiedy nasz podopieczny traktuje nas jak zło konieczne i ciągle na nas wrzeszczy. Nawet pomimo tego, że przecież go myjemy, opieramy, robimy codziennie śniadanie, obiad, kawkę i kolację, to w pewnym momencie mamy ochotę ich udusić albo użyć broni Terminatora. Dobrze, że to tylko takie tam myślenie, ale często nie jest nam do śmiechu. No trudno, musimy zacisnąć zęby i się nie dać. Szkoda tylko, że spotykamy się z takimi przypadkami i niestety trzeba walczyć.

Psy i koty

Zdarza się nam w naszej pracy opiekuna, że mamy do czynienia i podopiecznym i ze zwierzętami, które posiada. Czasami jest to mały piesek lub kot i trzeba się tym tak i tak zająć. Czyli w zasadzie mamy dwie osóbki do zaopiekowania się razem. Dodatkowe zadanie, które musimy wykonać. Procedurka codzienna jest taka sama jak co dzień. Umyć chorego, zrobić śniadanie dla chorego i jeszcze nakarmić zwierzaka. Jest to dla nas męczące, bo dodatkowy obowiązek. Lecz zdarza się tak, że my im pomagamy, gdy coś się dzieje, a potem jak my mamy chwilowy problem ze zdrowiem, to one nam pomagają. Sama miałam takie doświadczenie z pieskiem. Mnie bolał brzuch, a psiurek wskoczył, gdy siedziałam na fotelu. Rozciągnął się jak jakiś jamnik i o dziwo pomogło.

Kiecka

Kieckę to my babki zakładamy na różne imprezki. Także czasami do biurowej pracy, by ładniej wyglądać. Szkoda tylko, że nie można ich zakładać do pracy w opiece. Jak kto woli, ale wtedy w zasadzie lepsze są portki, bo bardziej praktyczne. Szczególnie sportowe, bo jeszcze bardziej wygodne. No można się pokusić na chwilkę w trakcie dnia, ale tylko po południu, kiedy mamy trochę więcej swobody. Rano przecież bierzemy się do mycia i przygotowania naszego podopiecznego lub naszej podopiecznej. Wtedy nasze kiecki nie zdają raczej egzaminu. Najlepiej mieć podopiecznego, bo jednak to facet i zawsze będzie spoglądał na nas inaczej. Ale jak kto chce kobitki, możecie sobie wziąć ze sobą i pójść na spacer w kiecce.

Po Świętach

Jak zwykle po tych całych „spędach” w domu mamy chwilę oddechu, ale to nie wszystko. Jasne, że zostaje ciasto, jakaś ryba, jakaś sałatka i chlebek. Pewne rzeczy można przetworzyć, ale nie wszystko. Ja miałam przygotowane nadziewane jajka dla 13-stu osób, bo tyle miałam w domu i zapier…. przez 3 dni pod rząd. Opieka rodzinki dostarcza tyle emocji, jak opieka nad leżącym chorym. Oczy dookoła głowy. No to teraz te jajka. Kombinacja alpejska, jak slalom gigant, albo się uda, albo polegnę. Tak więc się wycwaniłam na obiadek poświąteczny. Zmieliłam wszystko, połączyłam z gotowanymi ziemniakami i zrobiłam misz-masz z tej masy. I tak pewnie musiałabym to w sumie wyrzucić i co mi szkodzi. Zrobiłam kotlety jajeczno-rybne i o dziwo, wyszły. Ale strachu było dużo.

Granica

Są granice których nie raz nie możemy przekroczyć. Nasz strach, niepewność i inne nasze przywary. Będąc opiekunem w Niemczech staramy się wszystko wykonywać jak najlepiej, by potem nie mieć wyrzutów sumienia, że coś zrobiliśmy źle. Ale najpierw musimy przekroczyć granice między krajami i teraz tylko cieszymy się, że nie ma już paszportów, bo te kontrole ciągłe doprowadzały nas do totalnego stresu a czasami i wściekłości. Sama miałam przypadek, przekraczając granicę w Sylwestra, że człowiek się spieszył a tu suprise: kontrola. Był to wyjazd akurat prywatny i niezła jazda. Skontrolowano mi moje rzeczy, tylko wrzeszczałam wtedy, że jak rozpakowali, to mają mi z powrotem to spakować i wio! A trudno dla faceta celnego zapakować, więc co można było, puścili nas i praktycznie całkowicie wolnych.