Niemcy z opieką

Jadąc sobie do pracy w Niemczech, spodziewamy się pracy dla nas, dobrego traktowania i oczywiście dobrej zapłaty. Ale nie zawsze tak chyba jest. Sporadycznie to się dzieje, ale nie zawsze to się zdarza. Są sytuacje, gdzie wyjeżdżamy do innego kraju i spotyka nas niby praca. Nie ważne jest to, do jakiego kraju i do jakiej pracy jedziemy. Ważne chyba jest to, by z kimś znajomym wyjechać i mieć opiekę innego, znajomego człowieka. Dobrze wtedy mieć mężczyznę dla kobiety, bo czuje się pewnie. Są to jednak prace sezonowe i fajnie by było mieć taką osobę przy sobie. Co prawda nie zawsze tak bywa, ale lęk zawsze jest. Należy uważać.

Opieka i prywatka

Oczywiście, że opiekunka chce mieć kontakt albo z rodziną, albo ze swoim mężem czy partnerem. Ja na początku pracowałam po 14godz. na dobę i padałam wieczorem , jak kawka. Okazało się, że mój partner był także na Stelli 15km dalej ode mnie. Całe zadanie polegało na tym, byśmy się chociaż spotkali. Zrobiłam w końcu trochę kłopotu rodzinie, ale stanęłam na swoim, bo już nie mogłam tyle pracować, choć podopieczna była wredna, ale syn mnie dopingował. Jak już była sobota, to się tak denerwował, że było słychać krzyki w domu, ale dostałam wyjście na parę godzin. W końcu okazało się, że i on mi pomógł i „Szef” też, a babcia cała szczęśliwa, że poznała kogoś, kto mówi po niemiecku.

Weź opiekunkę…

W Polsce też potrzeba opiekunki i wtedy szukamy na swoim terenie. Przeważnie są to kobiety, które chcą jeszcze przed emeryturą sobie dorobić o ile jest taka możliwość. Są tacy ludzie, co pracują a mają np. matkę, czy ojca, czy dziecko chore i trudno to wszystko pogodzić, stąd potrzeba jakiejkolwiek pomocy. I jeżeli mamy okazję pomóc osobie chorej, to róbmy to. Ja akurat miałam po prośbie okazję pracować z młodym chłopakiem i powiem szczerze, że sprawiało mi to totalną frajdę. On miał dodatkową opiekunkę na co dzień, a ja miałam zadanie masować go, by mięśnie pracowały. Żeby było wesoło, to mieszkał niedaleko, więc codziennie wlatywałam do niego o określonej godzinie. Jego uśmiech nie wart był chyba tych pieniędzy….

Jedza

Jedzą nazywamy w zasadzie obiad, choć niektórzy wołają „koryto”, żeby było śmieszniej. Wesołość powoduje, że jakoś inaczej płynie życie. Szkoda tylko, że jak jedziemy do opieki do Niemiec, to nie możemy tak mówić, bo nie znamy odpowiednika na takie powiedzenie. Robi się wtedy problem. Chcemy jakoś zaskoczyć, ale nie mamy żadnej możliwości, by rozweselić podopiecznego, bądź podopiecznej, więc niestety pozostaje nam inne wyjście i zrobić to inaczej. Trzeba tylko znać naleciałości danego kogoś i także znać jego przywary i zrobić z tego troszkę szyderę albo zażartować z czegoś, by pośmiać się wspólnie. Wtedy jest wesoło.

Machloje

Machlojki zawsze mają popyt i inni na to lecą. Zawsze będzie tak, że ktoś szuka czegoś, a my możemy mu pomóc w transakcji. Nawet wyjeżdżając do Niemiec mamy jakieś tam układziki i pomimo pracy jesteśmy „na fali” i coś tam kombinujemy. Kwestia zasadnicza: należy na siebie uważać i także na ludzi, którymi się opiekujemy. Cena jest wysoka i można się zasadniczo „wkopać”. Można opiekować się starszymi ludźmi i wykonywać swoje „machlojki”, ale dać się złapać niemieckiej policji to niezła sprawa i tutaj w uchu brzmi piosenka:”Pokaż na co Cię stać”. Sprawa w końcu dotyczy delikwenta i problem w tym, kto zaopiekuje się naszym podopiecznym?

Festyny

Różne są festyny w Niemczech i można się czegoś nauczyć. Np. jakiś tradycji związanych z danym regionem. Lecz muszę przyznać, że mi się to podobało. Krzątając się między straganami można było spróbować regionalnych potraw, a nawet coś dla siebie kupić na próbę. Tak np. poznałam fajne sery, czy wyroby wędliniarskie, albo słodkości, czy wypieki. Sprawiało mi to dziką przyjemność buszując w tych wszystkich wyrobach, a także poznając rękodzieła ludzi, którzy byli pasjonatami w swojej dziedzinie. Wiadomo, mamy też Oktoberfest, co roku, ale te „maluchy” są też bardzo sympatyczne i człowiek uczy się przez to wielu rzeczy.

Gwara

W sumie jeżeli jesteśmy w jakimś regionie w Polsce, to mamy różne odmiany języka polskiego. Często jest to gwara, którą poznajemy poprzez naszych rodziców, bądź dziadków już jako dzieci. Mnie swego czasu zainteresowała gwara śląska. Są to wyrażenia pochodzące z języka niemieckiego. Jak byłąm w północnych Niemczech, to spotkałam się z ludźmi pochodzącymi właśnie ze Śląska. Miałam okazję nie tylko pogadać, ale też to wykorzystałam przy nauce języka niemieckiego. W końcu u nich też się mówi dialektem i czasami słowa były bardzo podobne do naszej śląskiej gwary. Fajnie jest przez to poznawać także dialekty w Niemczech. Raz że się uczymy, a drugie mi osobiście sprawiało to dziką frajdę.

Tytuł

Różne są tytuły. Tytuł opiekunki, profesora, doktora, adwokata, czy cały zbiór wszelakich tytułów. No zobaczcie sami, zawsze zwracamy się do człowieka w urzędzie, sądzie, szpitalu, czy w aptece, do nauczycieli, ważnych osób, polityków i innych. Ale mamy też tytuły książek, filmów, artykułów w gazetach, świadectw, dyplomów zdobytych przez naukę, sport, czy hobby, które mamy, konstrukcje. Wtedy nadają nam tytuł mistrza, olimpijczyka, fachowca, dyrektora, kierownika i takie tam… Różnie to jednak bywa z tymi tytułami, ale w sumie przecież jakieś określenie czegoś lub kogoś daje nam jakieś oznaczenie człowieka lub rzeczy.

Terminator

W pracy jako opiekuni to czasami musimy się dla złośników zachowywać jak Terminator i z nimi walczyć. Jeżeli ktoś ma demencję, to ok, bo „ktosiek” nie koduje. Gorzej, kiedy nasz podopieczny traktuje nas jak zło konieczne i ciągle na nas wrzeszczy. Nawet pomimo tego, że przecież go myjemy, opieramy, robimy codziennie śniadanie, obiad, kawkę i kolację, to w pewnym momencie mamy ochotę ich udusić albo użyć broni Terminatora. Dobrze, że to tylko takie tam myślenie, ale często nie jest nam do śmiechu. No trudno, musimy zacisnąć zęby i się nie dać. Szkoda tylko, że spotykamy się z takimi przypadkami i niestety trzeba walczyć.

Psy i koty

Zdarza się nam w naszej pracy opiekuna, że mamy do czynienia i podopiecznym i ze zwierzętami, które posiada. Czasami jest to mały piesek lub kot i trzeba się tym tak i tak zająć. Czyli w zasadzie mamy dwie osóbki do zaopiekowania się razem. Dodatkowe zadanie, które musimy wykonać. Procedurka codzienna jest taka sama jak co dzień. Umyć chorego, zrobić śniadanie dla chorego i jeszcze nakarmić zwierzaka. Jest to dla nas męczące, bo dodatkowy obowiązek. Lecz zdarza się tak, że my im pomagamy, gdy coś się dzieje, a potem jak my mamy chwilowy problem ze zdrowiem, to one nam pomagają. Sama miałam takie doświadczenie z pieskiem. Mnie bolał brzuch, a psiurek wskoczył, gdy siedziałam na fotelu. Rozciągnął się jak jakiś jamnik i o dziwo pomogło.